środa, 5 czerwca 2013
dajcieżkurważyć#2
Dzisiaj też będzie krótko. W sumie, to mógłbym się nawet jakoś specjalnie rozpisać, ale to, co dzisiaj zobaczyłem rozjebało mnie w najczystszej postaci. Tak więc, jak sami pewnie wiecie, w całym kraju dość solidnie napierdala deszczem, tam i ówdzie. Tak bardzo, że mamy godzinę 1:05, a ja od godziny schnę po powrocie z pracy. Nie, nie jestem specjalnie z tego powodu zadowolony, nawet jeśli sam - deszcz kocham i wielbię. Zresztą, w godzinach przedpołudniowych też nie było specjalnie lepiej, ale poranny deszczyk jest naprawdę przyjemny. Dobra, wracając do sedna. Do mieściny wybrałem się wcześniej, co by kupić miesięczny. Wykitrałem potrzebne grosze do operacji, a zamierzony cel - osiągnąłem. W każdym razie, zaraz obok budy z biletami mieści się budynek notariusza, i tutaj rozgrywa się cała akcja. Naprawdę, z całym szacunkiem, ja rozumiem, że panisko i w ogóle, że deszcz leje, a do auta jest całe 10 metrów, garniturek nawet taki skrojony i nieujebana koszula, ale nóż mi się w kieszeni otworzył, gdy zauważyłem, że za typem wyleciała dosłownie przemoknięta młoda panienka (asystentka, stażystka?) tylko po to, by szanownemu panu potrzymać nad głową parasol, gdy ten szukał kluczy do auta. POWAŻNIE? Całe jebane 10m do auta. Nic, tylko wsiąść i ruszyć. Gdzie tu jakakolwiek godność mężczyzny, jakiś wyraz kultury, co by panienki nie męczyć? Zrozumiałbym, gdyby tachał ze sobą jakieś ważne papiery, że niby nie wolno zniszczyć ważnych akt i w ogóle, no ale kurwa naprawdę panisko potrzebuje przy sobie kogoś, kto mu łaskawie będzie trzymał parasol nad główką, gdy będzie pakował dupsko do auta? Nie pytam, co biedna robi dodatkowo i jakie zachcianki ma panisko, ale to co zobaczyłem naprawdę sprawiło mi więcej smutku niż radości. Ironia życia. I gdzie tu nawet minimalna troska, by się dziewczyna nie męczyła, toż to przecież kurwa mężczyzna. Cóż, ciekawe czasy nastały, ale nie mogę zapomnieć, że zaczyna się robić klasycznie - alboś pan, alboś pies. O, ironio.
poniedziałek, 3 czerwca 2013
srsly?
Czeluście internetu to chamstwo. Miałem okrutną ochotę coś napisać dzisiaj, nawet parę pomysłów chodziło mi po głowie. Do czasu, kiedy nie wbiłem do pokoju po to, by ujrzeć siostrę oglądającą bzdury spod znaku polskich vlogerów. Błagam Was, ktoś kto naprawdę ogląda? Ktoś naprawdę pozwala im zarobić na tym gównie? Zresztą, to przecież nagrywki dla plebsu. Plebs lubi się pośmiać z niczego, lubi oglądać idiotów przed monitorem. Tak się zastanawiam, gdzie w tym rozrywka? I co ma ją przynosić? Durne odzywki, przejedzone tematy na topie, image tych gości, czy co? Poobserwowałem chwilę, gdy oglądała jeden z vlogów i stwierdziłem krótko: dajcieżkurważyć. To tyle na dziś. Nie marnujcie czasu na syf, bo nie ma nic gorszego niż tracenie czasu na coś, co nie ma w sobie krztyny sensu. Kawałeczka chociaż. Miło, że ta krótka chwilka sprawiła, że z głowy wyleciało mi to, co miałem akurat napisać. Przez jednego debila, który w sieci musi udowadniać, że jest nim naprawdę.
niedziela, 2 czerwca 2013
#01: opętanie
O ile piękniej jest popaść w słodkie szaleństwo. O ile piękniej zaczyna wszystko wyglądać, gdy cały świat skąpany jest w brzmieniu ludu, tak daleko wspominającego wieki, a nie momenty. Tańcz przy mnie i nie oglądaj się na boki. Patrz mi głęboko w oczy i poczuj wolność, która przeze mnie bije tylko przez Ciebie. Dałaś mi tę wolność. Chcę się nią karmić, i bez względu na wszystko, nie szukać ucieczki. Niech wszystko obok pędzi, tylko Ty zostań tutaj w tańcu makabry. Idź ze mną ręka w rękę. Nie musimy nic, co robi cała reszta. O ile piękniej wyglądasz, gdy wiem, że w końcu jesteś czysto swoja. Nieskazitelna, prawdziwa i wolna. I spozieraj na mnie, tak jak to robisz, spod głowy - nie uśmiechaj się, ale czytaj wszystko co mam do powiedzenia jednym spojrzeniem. Bądź wolna. Nie chcę Cię skrzywdzić. Chcę oszaleć z Tobą, bo już oszaleliśmy. Marazm szaleństwa skąpany w muzyce ludu. Tej jednej, która żyje naprawdę. I dla Tej Jednej, dla której żyję i ja. Nic więcej nie musi się liczyć. Złap mnie ponownie za dłoń.
sobota, 1 czerwca 2013
#0: reborn.
Odrodzenie. Jak nigdy - czuję, że rodzę się na nowo. Powstaję z kolan, na których klęczę przecież od tak dawna. Ale czym miałbym się teraz przejmować, kiedy staję przed nowymi wyzwaniami? Niczego się nie boję, a idąc dalej - jestem w stanie powiedzieć jasno, że dopiero rozpoczynam prawdziwy marsz przed siebie. Z głową podniesioną wysoko, z dala od wszystkich bolączek, które targały mną do tej pory. Nie jestem w stanie nawet powiedzieć, ile kosztowało mnie to czasu i, przede wszystkim, nerwów. Cieszę się, że udało mi się odciąć skutecznie od ludzi, którzy nic nie znaczą w moim życiu, a pałętają się pod moimi nogami tam i ówdzie. Nie będę nikogo czarował, sprawiał, by to ktoś inny mógł poczuć się choć troszkę lepiej. Pora na mnie. Pora na to, by odetchnąć i zacząć budować swoje życie na nowo. W nowym miejscu, z nowymi ludźmi, z nowym szaleństwem w tle. Praca pomaga mi stanąć na nogi, uczyć pewnego rodzaju pokory i ostrożnego podejmowania decyzji. Nie mam czasu na pochopność, stratę gruntu pod nogami, a już tym bardziej poświęcania zbędnie uwagi na sprawy, które i tak są tylko śmieciami. Zresztą, kocham jak nic innego odczucie nieznanego, więc chcę się nim karmić jak najdłużej i najmocniej. Ile radości dało mi ostatnio poznanie przypadkowo osoby, która przez te kilka godzin pokazała mi, że jest tam gdzieś dla mnie szansa na znalezienie czegoś, czego naprawdę potrzebuję. Chwila wolności, bezpruderyjności, czystej wolności - bez żadnych scen, zbędnych podejść i obietnic. Ile bym dał, by móc to jeszcze raz z Tobą powtórzyć. Ale nie czekam, nie wypatruję tego z niecierpliwością - nie pomoże, a może tylko zranić. To już przeżywałem, a tym razem chce się cieszyć, choćby krótkim aktem niespodzianki i niepoznanego dla siebie. Resztę przyniesie seans zwanym "życiem". Witam ponownie.
czwartek, 28 lutego 2013
#3: wschód Słońca.
Uwielbiam wschody słońca. Uwielbiam budzić się rano, i patrzeć przez okno, a jeszcze bardziej, gdy wschód rozpoczyna mój dzień i witam go, wychodząc gotowy z domu. Powietrze smakuje lepiej, a sam widok nieba napawa mnie spokojem i nadzieją na to, że czeka mnie coś nowego. A potem ten świt znika, by pojawić się znowu. Chciałbym tak pojawiać się znikąd i wracać, kiedy trzeba, by być zawsze tym wymaganym i pożądanym dla konkretnego celu. Powoli zaczynam brać się za swoją skórę, jak należy. By zniknąć, i wrócić.
środa, 27 lutego 2013
#2: lustra lubią mówić prawdę.
Nienawidzę momentów, kiedy staję przed lustrem i zaczynam nienawidzić... samego siebie. Wyrzucam sobie wtedy milion rzeczy, które mnie niszczą i staram się uciekać przed sam nie wiem czym. Sobą. Nie wiem, czy to była dobra decyzja. Czy czas, który fundowałem sobie ostatnio, był dla mnie dobry. Na pewno pracowity, na pewno pokazujący wiele nowych perspektyw, zwłaszcza w muzyce, ale dzisiaj staję znów przed lustrem i tym razem chcę spojrzeć tylko na siebie. I, tak bez ogródek, krzyknąć w twarz wszystkie te słowa, które powinienem nosić na ustach. Od chwili, kiedy zgubiłem sam siebie. Dziś wracam, i jestem zadowolony. Wracam i patrzę inaczej na to, co jest ze mną, co dzieje się w okół. W końcu, na to, co sam chcę sobą prezentować. Wrażliwość noszę w sobie nieziemską, przed nią kalam się najmocniej, przed nią chcę uciec. Po co? Czyż nie byłem prawdziwy wtedy, kiedy chciałem i potrafiłem głośno mówić o tym, co czuję? Do tego chcę wrócić, do tego czasu. Nie wiecie nawet, jak cieszę się mocno z tego, że to w końcu zrobiłem. Czy robię, bo przecież cały czas wygrzebuję siebie na sam wierzch. Niech się dzieje, show trwa dalej.
wtorek, 26 lutego 2013
#1: zebrałem się.
Długo, a jeszcze dłużej walczyłem sam ze sobą, czy chcę znów pisać. Tyle myśli kłębi się we mnie, tyle gorzkich słów mam w sobie do siebie, czy do tego co mnie otacza, ale nie chcę specjalnie zawracać głowy bzdurami. Chcę, tak jak kiedyś - po prostu pisać. Dawno nie czułem w sobie tej chwili i jej powagi, która dawałaby mi pewność i wiarę w siebie i w swoje słowa, jak ta jedna, która w sumie już dawno minęła. Zaczynam więc, ponownie.
Jest tyle rzeczy, tyle spraw, na które wciąż szukam odpowiedzi. I mimo, że na wiele z nich je znajduję, wszystko wciąż zdaje się mnie zaskakiwać, choć nie daję się już podejść. Troszkę za duży jestem, by dawać się łatwo wodzić za nos. Ludziom, uczuciom, wydarzeniom. Tak oto, jakoś dobrze mi z tym, że jestem samotnym, młodym facetem, który lubi pałętać się sam niemal wszędzie, a miejsce obok ma zawsze puste, i jakoś nie zapowiada się na zmiany. Chociaż, nie ukrywam, chciałbym móc się zaskoczyć, zauroczyć kimś, choć tylko pod jednym warunkiem - że ta osoba również będzie odczuwała to samo. Mam dość oczekiwania na ludzi, liczenia na to, że okażę się być ciekawym wyborem. Skoro nie można go jakoś określić, po co się męczyć? Robię przecież swoje. Pracuję, na karku mam pięć kapel, z którymi tworzę i gram, a jedyną rzeczą, jaką wymagam jest to, bym mógł się poczuć troszkę potrzebnym dla kogoś. W sumie, zostawmy kwestię serca i uczuć na bok. O tym można pisać naprawdę dużo i wiele, tylko po co, kiedy do tej pory mógłbym wszystko określić prosty - "cóż". Bawmy się sobą, bawmy się życiem, charakterem, muzyką, pięknem emocji, odczuć, szaleństwa. Tak jakbym troszkę chciał dać sobie więcej oddechu, pola do manewru, nie narzucać sobie tyle dziwnych restrykcji w główce, wrócić sobie na twarz względny uśmiech i móc dać się komuś porwać do tańca. Troszkę beztroski. Ostatni czas był dla mnie, niestety, zbyt dużym ciężarem, więc w końcu musiało się to na mnie odbić, ale jestem optymistą w spojrzeniu na przyszłość. Troszkę się odkuję z pieniędzmi, troszkę ze sprzętem, nadal mam przy sobie scenę i muzykę z jakimś tam rozwojem, więc pora i na mnie, bym mógł troszkę być tym weselszym facetem. Mam spory bagaż doświadczeń, których chcę używać, wprowadzać je i sprawdzać w życiu codziennym. W końcu, jakoś je zweryfikować. Mogę przecież wszystko, prawda? Mimo tego, że ludzka zawiść zawsze wisi w powietrzu, nie chcę się poddawać i ulegać. Więc tym słowem na początek, chciałbym powitać tu każdego, kto zostanie choć na chwilę. Będzie troszkę gorzko, troszkę prawdziwie, troszkę po mojemu. W końcu wróciłem do pisania.
Jest tyle rzeczy, tyle spraw, na które wciąż szukam odpowiedzi. I mimo, że na wiele z nich je znajduję, wszystko wciąż zdaje się mnie zaskakiwać, choć nie daję się już podejść. Troszkę za duży jestem, by dawać się łatwo wodzić za nos. Ludziom, uczuciom, wydarzeniom. Tak oto, jakoś dobrze mi z tym, że jestem samotnym, młodym facetem, który lubi pałętać się sam niemal wszędzie, a miejsce obok ma zawsze puste, i jakoś nie zapowiada się na zmiany. Chociaż, nie ukrywam, chciałbym móc się zaskoczyć, zauroczyć kimś, choć tylko pod jednym warunkiem - że ta osoba również będzie odczuwała to samo. Mam dość oczekiwania na ludzi, liczenia na to, że okażę się być ciekawym wyborem. Skoro nie można go jakoś określić, po co się męczyć? Robię przecież swoje. Pracuję, na karku mam pięć kapel, z którymi tworzę i gram, a jedyną rzeczą, jaką wymagam jest to, bym mógł się poczuć troszkę potrzebnym dla kogoś. W sumie, zostawmy kwestię serca i uczuć na bok. O tym można pisać naprawdę dużo i wiele, tylko po co, kiedy do tej pory mógłbym wszystko określić prosty - "cóż". Bawmy się sobą, bawmy się życiem, charakterem, muzyką, pięknem emocji, odczuć, szaleństwa. Tak jakbym troszkę chciał dać sobie więcej oddechu, pola do manewru, nie narzucać sobie tyle dziwnych restrykcji w główce, wrócić sobie na twarz względny uśmiech i móc dać się komuś porwać do tańca. Troszkę beztroski. Ostatni czas był dla mnie, niestety, zbyt dużym ciężarem, więc w końcu musiało się to na mnie odbić, ale jestem optymistą w spojrzeniu na przyszłość. Troszkę się odkuję z pieniędzmi, troszkę ze sprzętem, nadal mam przy sobie scenę i muzykę z jakimś tam rozwojem, więc pora i na mnie, bym mógł troszkę być tym weselszym facetem. Mam spory bagaż doświadczeń, których chcę używać, wprowadzać je i sprawdzać w życiu codziennym. W końcu, jakoś je zweryfikować. Mogę przecież wszystko, prawda? Mimo tego, że ludzka zawiść zawsze wisi w powietrzu, nie chcę się poddawać i ulegać. Więc tym słowem na początek, chciałbym powitać tu każdego, kto zostanie choć na chwilę. Będzie troszkę gorzko, troszkę prawdziwie, troszkę po mojemu. W końcu wróciłem do pisania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)